Pierwszy dzien.
Udalo sie wyladowac i nawet wszystkie rzeczy dotarly cale. Miedzy innymi rower. Zlozenie go zajelo mi bagatelka godzinke i juz moglem ruszac. Obrazek powyżej zastałem na lotnisku. Czy ta sentencja stała się moim mottem? Raczej nie…
Najwiekszym sukcesem pierwszego dnia było to, ze nikt mi nie policzyl za roweru przewoz. Pierwszego dnia mialem do zrobienia 60 km -pomyslalem 4 godziny MAX! No wlasnie. MAX to jest , ale jazda z predkoscia 5km/h. Warunki były nadspodziewanie nieprzyjazne. Na szczescie nie padało, ale wieje. Wiatr stał się moim kumplem. Codzień się widzieliśmy. Ja go na pół, on mi w twarz. Podobno kto się lubi ten się czubi. Cieszę się, że nasza przyjaźń trwała 13 dni. O 13 za dużo… Wszyscy mowili, ze wieje. No w Warszawie tez wieje, czasem… Jednak do wiatru powrócę. Dojechałem do Reykjaviku:
trochę po nim pojeździłem, jednak głównie pijanych polaków spotkałem. Dlatego też szybko na spoczynek się udałem. Wnioski był proste: szkoda tu czasu tracić, skoro jest po co jechać dalej.
Drugiego dnia dojechalem do Parku narodowego Pingvellir, jakies 60km. Zaczelo sie tam robic pieknie. Chociaz po drodze wiatr wial. Zwyzywalem go od kur%&, ale dalem rade.
W parku po podziwianiu znalazlem piekna miejscowke na dziko. Super byla! Serio! No i rano obudzily mnie kaczki, zjadlem sniadanie i wtedy przyszly dwie osoby. Straz parku, ze spac nie mozna i tak dalej itp. Dali mi mandat kazali zaplacic jak za camping 1400 koron =ok 40zl. Uradowany, ze tak tanio zaplacilem.
Kontynuowalem droge. Dnia 3 kolejne 60km do Geysiru. Wiatr byl jeszcze wiekszy. Przez pierwsze 15 km mialem wrazenie, ze jade w miejscu. Coz… jakos sie
przemieszczalem. Po calym dniu walk dojechalem i znalazlem w haszczach miejsce. Rozlozylem sie, juz w dupeczce (obolalej nota bene) mialem gdzie i jak i po co.
Zrobilem sobie goraca zupe i bylo czadersko. No i wtedy jak juz sie polozylem i wyjalem ebook readera zobaczylem, ze jest zepsuty. No i to byl kryzys. Co ja tu robie? Po co ja tu przyjechalem? itd… Nastepnego dnia wstalem, zebralem sie i pojechalem. Geysir zobaczylem, rewelacji nie bylo. Nie wiem czemu.
Nastepnie jechalem nad wodospad Gullffoss. Jechalem.. hahaha chociaz wiatr juz tak demoralizatorsko nie wplywal na mnie to ja po prostu nie bylem w stanie
jechac. Ba! Jak pchalem rower to czesto sprawialo mi to trudnosci. Na serio. Mnie zwiewalo! Jakos udalo sie dotrzec a tam co? Na parkingu akcja ratunkowa= 10 osob wkolo stolu i starsza Pani.. Poobijana strasznie. !! z 7
autobususow kkierowcy apteczki przynosili… Jednak nikt nie mial tego co trzeba, nawet wody utlenionej. Wiec spytalem czy pomoc, powiedzieli czego im brak. Rozcieta noga wygladala bardzo zle, twarz i reka tez cale poobijane. Generalnie kiepski widok. No wiecy wyjalem swoje gaziki z dezynfekcja, plasterki i chusteczke BAMBI (tak!) wilgotna do obmycia, dalej sobie poradzili. Zajelo to z 30 minut, wialo tam jak skurczybyk! Wiec juz
zimno bylo. Jednak na koniec nazwyzywali mnie od Hero! No i danke Danke. Wycieczka z niemiec wszyscy mi dziekowali. Czad. Dalej poszedlem pod
wodospad obejrzec i okazalo sie, ze atrakcja turystyczna bylem ja!
Zdjęć łądnych nie ma, bo warunki nie sprzyjały.
Po takim dniu zjechalem do Flúðir. To tak, aby pokazać, że wiało:
W Fludir byl camping w niezlej cenie z wi fi i goracym prysznicem, wiec zostalem. Najpierw spotkalem Dawida. Dawidowi zepsul sie rower i skonczyl swoja wyprawe. Podzielilismy sie swoimi wrazeniami przez 4 godziny rozmowy i doszlismy do wniosku, ze jutro jade rano do Selfoss (45km) aby tam wziac autobus o 9.55 do Jökulsárlón. Wiec wyjezdzam przed 6.00. O Dawidzie co wiecej? No tyle, ze mi pomogl co do trasy. Ludzie pracujący na campingu okazali się być wlochami. Wiec zaczelismy gadac. Zaskoczyl ich moj wloski i tak od slowa do slowa poznalem Tobi i Beneddette. Tobi zapytal czy chce w takie cieple zrodla jechac, powiedzialem, why not? Zszedlem po rzeczy i aby zapytac Dawida czy nie chce jechac. Nie chcial, co więcej, podobno nie żałuje! Jednak obok Pani Belgijka strasznie sobie nie radzila z namiotem i Dawida juz przestalo bawic od 20 minut obserwowanie tej nierownej walki, wiec jej szybko pomoglismy! No i potem rzeczy i z Tobim do tych zrodel, ale najpierw po 2 piwka. =) BYLO NIESAMOWICIE! Nie wiem jak znalezli to miejsce i nie wiem skad ani gdzuie, ale ciepla woda na zewnatrz pizdzi wiatrem i zlem a my w srodku gadajac o sensie istnienia pilismy piwo. To był pierwszy moment kiedy zrozumiałem po co sie jedzie na Islandie.
Rano wstałem i do Selfoss dojechałem. Wsiadłem w autobus a tam… trzech Hiszpanów. No więc 6 godzin minęło szybko. Ja miałem wódkę, jeden hiszpan Orujo, trzeci jamon serrano, a czwarty suszoną rybę. Nim się obejrzałem minęło 6 godzin i trzeba było wysiąść. Jak wysiadłem to lało strasznie i było 6,5C. Nie zmienia to faktu, że było dość nieziemsko….
Nieziemsko, lecz za zimno abym tam został. W związku z czym tego samego dnia w deszczu udałem się do Skataftell. Niestety w ciągu paru dni pogoda była bardzo brzydka i też zdjęć mało przez to jest. Następnego dnia dojechałem przed VIK. Tam znalazłem super nocleg w jaskini. Chociaż najpierw podziele się krajobrazu widokiem. Tak było jadąć obok lodowca:
no i miałem wspomnieć o wietrze? Wiatr był taki, że zamknięto główną drogę. Zdarzyło się, że z niej zwiało autobus i kampera. Brzmi nieprawdopodobnie?
W VIK jest najpiękniejsza plaża nie egzotyczna na świecie i wygląda tak:
Za Vikiem zacząłem czuć zmęczenie. Coś mi strzeliło w kolanie i coraz ciężej wszystko przychodziło. Dlatego postanowiłem jechać do Hveragerdi aby tam odpocząć.
Po drodze jednak zachaczyłem o Skogar. Dużo mijałem wodospadów a czas na campingu spędziłem z super sympatycznymi baskami!
Następny dzień to Hella i pogaduchy z Niemcem: http://gintenreiter-photography.com/ . Inspirująca postać, jednak doświadczenia są lepsze od wspomnień. Więc zachowuje doświadczenie.
No i udało się dojechać do Hveragerdi. Podjazd do źródeł gorących był tak stromy, że nie byłem w stanie wejść ze swoim rowerem. Dlatego rozłożyłem się na campingu na dole i zostawiłem większość rzeczy i wtedy dopiero udało mi się podjechać. Było fajnie, na prawde. Taki podjazd, przez góry to była super sprawa. No i nagroda na górze w postaci tych źródeł też była niczego sobie. Fajnie było tam spędzić dwa dni. A na campingu zawsze się spotkało ludzi z którymi można było pogadać. Tak wyglądały te źródła:
a tak mój rower, ja i krajobraz podczas podjazdu:
w Hveragerdi nie było nic, chociaż udało mi się zobaczyć jak wygląda system grzewczy Islandii, ich grafitti oraz szkoła:
Dalsza podróż miała już smak powrotu. Nie przeszkadzało mi to, ponieważ już powoli chciałem wracać. Jednak zanim dojechałem do Grindaviku to znalazłem takie super opuszczone miejsce i nie mogłem się oprzeć pokusie aby tam nie pójść spać! 🙂
W Grindaviku napiłem się drugiego piwa podczas wyprawy, poszedłem na spacer, gadałem z ludźmi, a następnego dnia przekroczyłem granice płyt tektonicznych znajdując się na tej: północno amerykańskiej. Stamtąd już odleciałem spowrotem do Polski. Z dużą dawką zadowolenia, zmęczenia, pustymi kieszeniami i wieloma doświadczeniami. Jeśli jest coś co przywiozłem ze sobą to charakter.
To by było na tyle w takiej baaaardzo okrojonej relacji.
W najbliższym czasie o wiele mniej ekstremalne kierunki będą cieszyły się większym powodzeniem.
Życzę wszystkim aby realizowali najbardziej szalone pomysły. Tylko one nas motywują do działania i pozwalają dokonywać rzeczy, o których nawet nie śniliśmy, że jesteśmy w stanie zrobić. Potem wszystko staje się łatwiejsze!